Seksuologia

Mama i córka – trzy zasady odczarowania ciężaru bycia kobietą.

Kiedy byłam w ciąży i myślałam o płci dziecka, mocno niepokoiłam się, że urodzę syna. Niby oczywistym jest, że grunt, aby dziecko było zdrowe…i co mi z tej oczywistości, skoro uczucie lęku przed wychowywaniem chłopca było znacznie silniejsze, niż dojrzałe podejście do sprawy.

Źródło mojego lęku było dla mnie jasne. Otóż jestem (czy byłam?) przekonana, że o ile przy córce więcej wyzwań stoi przed tatą, to przy chłopaku te wyzwania stoją przede wszystkim przed mamą. I nic z tego, chyba nigdy nie uwierzę, że męska odpowiedzialność czy to, co nazywamy u facetów „jajami”, buduje się poprzez posiadanie dobrego męskiego wzorca. W naszej kulturze, przy nawet najwspanialszym męskim wzorcu, nadopiekuńcza matka potrafi „zepsuć” wszystko. Tak, drogie mamy. Bardzo łatwo jest nam wychować gnojka, bo bardzo kochamy swoje dzieci. Tego bałam się najbardziej. (Nie, nie neguję roli ojca – też jest super hiper istotna!)

Jak to jest z dziewczynką? Kiedy byłam w ciąży, zupełnie nie obawiałam się wychowywania córki. Wydawało mi się oczywiste, że tutaj podstawą jest rola ojca. Edukowałam Hani tatę o tym, jak ma sobie radzić z jej zazdrością o niego, jak budować w niej poczucie własnej wartości, uczyć stawiania granic. Och, jaka byłam mądra (nie byłam ;)) i jak chętnie szerzyłam wiedzę o tym, jak być ojcem obecnym, silnym, czułym, mądrym…żywcem z „Seven heaven” wziętym!

Litości, nie wiem co kierowało moim zaćmieniem. Mam nadzieję, że to tylko hormony 😉 Bo teraz, kiedy na świecie już jest moja mała dziewczyneczka, codziennie w mojej głowie pojawia się wyzwanie determinujące przyszłość tej małej istotki – a konkretniej jej podejście do płci i ciała. I teraz oboje, ja i Jej tata, stoimy przed potężnym wyzwaniem. Dziś opowiem Wam o swojej misji wobec własnej córki.

Miłość do siebie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że jestem dla siebie zbyt surowa. Przekroczona trzydziestka a ja wciąż z zazdrością podziwiałam a to dłuższe nogi, a to piękne czoło, kości policzkowe czy smukłe dłonie. Zawsze coś – ta ma bujne włosy, tamta wydatny biust…tu talia, tam biodra. Grubsze, chudsze, blondynki, brunetki – wszystkie piękniejsze!

I stał się cud (taaak, duża sprawa!). Dotarło do mnie, że nie będę inna. Nie będę inna, a już na pewno nie będę młodsza. Nie będę miała coraz gęstszych włosów, moje piersi po wykarmieniu córki nie będą ładniejsze, a moje popękane naczynka nie znikną od przyglądania się im każdego dnia. Mogę spacerować, zdrowiej jeść, ale pewne rzeczy już nie wrócą. I za dziesięć lat będę oglądała swoje zdjęcia z dzisiejszych dni i pomyślę zapewne „wooow, dobrze wyglądałam!”. Co więc stoi na przeszkodzie, by powiedzieć to sobie już teraz? Dotychczas taranem były moje myśli, destrukcyjne myśli otrzymane w spadku od bliskich mi kobiet. Teraz zrozumiałam, jakie to ważne, aby dać dorastającej dziewczynce wzorzec kobiety, która lubi siebie i swoje ciało. Nie ma innego sposobu, by nauczyć swoje dziecko miłości do siebie, niż pokazywać mu każdego dnia miłość własną. Córka nie nauczy się lubić siebie i swojego ciała, słuchając o kompleksach mamy. Dlatego, jeśli masz przy sobie małą dziewczynkę i nie chcesz, aby w przyszłości obciążała się niechęcią do swojego wyglądu, już teraz musisz spojrzeć na siebie łaskawym okiem. I tu nie ma wymówek! Co jest w Tobie piękne?

Jak wiele kobiet w Naszej kulturze, otrzymałam w tzw. „spadku” przekonanie o własnej odpowiedzialności za sprawy całej rodziny. Dotychczas interesowało mnie, czy tata Hani ma uprasowaną koszulę, czyste buty, schludne spodnie. Wydawało się ważne, czy nie ubierze Hani w przaśne wdzianka, czy złoży mojej mamie życzenia w dniu kobiet. Co ciekawe – ja wcale tego za niego nie robiłam. Nie prasowałam mu i nie czyściłam butów, nie wyręczałam we wszystkich domowych obowiązkach. W zamian za to przypominałam bez przerwy o tym, co powinien i jak powinien. Pod tymi gestami kryło się oczywiście głęboko skryte przekonanie, że to mnie ludzie ocenią, kiedy moje (dlaczego nie nasze?) cztery metry świata nie będą „takie, jak należy”. A teraz? Teraz z trudem, ale staram się to zmienić. Staram się codziennie przypominać sobie, co tak naprawdę jest ważne i co jest moją odpowiedzialnością. Zdałam sobie sprawę, że my, kobiety, narzekamy na uczucie bycia na świeczniku innych kobiet, jednocześnie fundując to własnym dzieciom. Ktoś to musi przerwać, ja zamierzam to zrobić. A Ty?

Miesiączka. Prosta sprawa. Wszystkie ją mamy. Wszystkie bałyśmy się tej pierwszej. Prawie wszystkie byłyśmy straszone, że zaraz po tym, jak zaczniemy miesiączkować, zajdziemy w niechcianą ciążę (level hard), jak to będzie nas bolało, stracimy szklankę krwi i hormony nie dadzą nam żyć. Ach i pryszcze – obowiązkowo będziemy miały pryszcze! Była rozmowa o tym, że staniemy się kobietami, ale co to właściwie oznacza, nikt nam nie powiedział. O psychologicznej i biologicznej różnicy również nikt nie wspomniał. I pewnie, że w niektórych tych groźbach było trochę prawdy, ale serio? Naprawdę to są najważniejsze informacje o miesiączkowaniu, jakie powinna otrzymać młoda dziewczyna? I dlaczego właściwie nie można o miesiączce opowiadać jak o czymś zupełnie naturalnym, z biologicznego punktu widzenia cennym? Zamierzam odczarować miesiączkowanie. Czy mi się uda? Bardzo w to wierzę.

Te trzy kwestie to tylko początek mojej matczyno – kobiecej misji. Trzymajcie za mnie mocno kciuki. Będzie mi bardzo miło, jeżeli będziecie nam towarzyszyć w tworzeniu „nowej mody” i również zrobicie wszystko, co w Waszej mocy, by dać swoim córkom wychowanie pełne wrażliwości na miłość do siebie. Życzę tego Nam i Naszym dzieciom.

A Hani tata? On też ma więcej ojcowskiej odpowiedzialności, niż się spodziewał 🙂 I jest fajnie 😉

Daj sobie kochany rodzicu coś dobrego, bo to piękne, że poświęcasz czas, by poszerzać swoje rodzicielskie kompetencje :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *